Cenoty Meksyk nurkowanie – to właśnie dla nich lecimy na Jukatan, a ten etap naszej miesięcznej wyprawy przez Meksyk, Belize i Gwatemalę zaczynamy od Mexico City i Teotihuacán, by po kilku dniach wejść w świat cenotów.
Coroczne wyjazdy to nasza tradycja. Raz w roku pakujemy się i lecimy dalej niż Europa – tam, gdzie oprócz zmiany klimatu jest też historia i dobre nurkowania.
W ubiegłym roku były Filipiny. Tym razem plan był większy: Meksyk, Belize i Gwatemala. Miesiąc w drodze, kilka krajów i zupełnie różne środowiska – od dużych miast, przez dżunglę, po nurkowania w cenotach.
Jedziemy stałym, sprawdzonym składem: Krzysztof (czyli Jerzyna), Misiek, Rafał, Marcin, Grzesiu i ja. W tym roku dołącza Adam – nowy w ekipie, ale szybko łapie rytm.
Tu warto zatrzymać się na chwilę przy Rafale. To on spiął całą logistykę wyjazdu – przeloty, transfery, hotele i połączenie kilku krajów w jedną trasę. Kilka lotów, różne miejsca, dużo zmiennych – a wszystko działało bez zgrzytów i dokładnie tak, jak było zaplanowane.
Duży komfort dla reszty ekipy. Dzięki, Rafał.
Podróż do Mexico City
Wyjazd zaczynamy w Lublinie, część ekipy dołącza w Warszawie. Spotykamy się na Okęciu – w składzie mamy też lekarzy, więc pojawia się szybki „pakiet profilaktyczny” przed długim lotem. Miny przy ukłuciu bezcenne.
Spokojny zapas czasu i lecimy przez Stambuł do Mexico City. Po krótkiej przerwie w Turcji wchodzimy w piętnastogodzinny lot – tu zaczyna się właściwa podróż.




Po wylądowaniu pierwsze zaskoczenie – lotnisko w Mexico City jest znacznie bardziej surowe, niż można się spodziewać po jednej z największych metropolii świata. Szybka odprawa, transfer i jedziemy do hotelu.
Mamy tu trzy intensywne dni.
Zwiedzanie Mexico City – pierwsze wrażenia
Nasz hotel położony jest niedaleko lotniska. Szybki prysznic i od razu wychodzimy na miasto.
Mexico City od pierwszych godzin pokazuje skalę. Przemieszczamy się głównie Uberem, ale korki potrafią zaskoczyć – przejazdy po godzinie to nic nadzwyczajnego. Dopiero z czasem zaczyna się układać w głowie, jak duże jest to miejsce.
Jednym z ciekawszych punktów dnia była kolejka linowa, popularna w tej części świata. Godzina przejazdu, niski koszt i świetne widoki na miasto z góry. Dopiero z tej perspektywy widać, jak ogromne jest Mexico City.
W centrum odwiedzamy monumentalną Katedrę Metropolitalną, która jest największą i najstarszą katedrą w Ameryce i siedzibą arcybiskupa archidiecezji meksykańskiej.
W samym centrum Mexico City, tuż obok kolonialnej katedry, znajdują się pozostałości najważniejszej świątyni Azteków. To właśnie tutaj znajdowało się religijne serce dawnego Tenochtitlán. To miejsce nie przytłacza skalą – raczej zmusza do zatrzymania się i wyobrażenia sobie, że pod nowoczesnym miastem wciąż istnieją warstwy dawnego świata. Ruiny są fragmentaryczne, odkrywane stopniowo. Spacerując między kamiennymi fundamentami, trudno nie myśleć o tym, że jeszcze kilkaset lat temu odbywały się tu rytuały, związane z rytuałami ofiarnymi.
Spacer główną ulicą, centralny plac i wieczorem spokojne zakończenie dnia w lokalnej knajpce przy hotelu na kolacji – zmęczenie po podróży daje o sobie znać.
Teotihuacán – piramidy Słońca i Księżyca
Trzeciego dnia ruszamy poza miasto, do Teotihuacán – jednego z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Meksyku. Wielu turystów tu nie dociera, bo dla większości Meksyk kończy się na Jukatanie. Tym bardziej cieszę się, że mogłem zobaczyć je na własne oczy.
Na początku nie robi dużego wrażenia. Pierwsza myśl – kolejne ruiny.
Ale im dalej wchodzimy w kompleks, tym bardziej zaczyna docierać skala tego miejsca.
To nie było „jakieś miasto”. To była metropolia, w której mogło mieszkać nawet 100–200 tysięcy ludzi – jedno z największych miast świata w swoim czasie.
Piramida Słońca, Piramida Księżyca i Aleja Zmarłych to tylko najbardziej widoczne elementy. Całość jest znacznie większa – układ miasta, jego geometria i rozmach budowy. Wszystko wydaje się zaplanowane i przemyślane, a jednocześnie… wciąż nie do końca wyjaśnione.
Teotihuacán powstało około I–II wieku n.e. i przez kilka stuleci było jednym z największych miast świata. Do dziś nie wiadomo dokładnie, kto je zbudował i dlaczego zostało opuszczone.
Kilkaset lat później pojawili się Aztekowie, którzy swoją cywilizację zbudowali w innym miejscu – na terenach dzisiejszego Mexico City. Ich stolica, Tenochtitlán, powstała w 1325 roku na wyspach jeziora Texcoco i była jednym z najbardziej zaawansowanych miast swojej epoki – z siecią kanałów, grobli i rozwiniętą infrastrukturą.
Po przybyciu Hiszpanów i upadku Tenochtitlán w 1521 roku, na jego ruinach zaczęto budować współczesne Mexico City. Dlatego dzisiaj w jednym miejscu przenikają się różne warstwy historii – od prekolumbijskich cywilizacji, przez kolonialną zabudowę, aż po nowoczesną metropolię.
Zwiedzanie zajmuje kilka godzin, a licznik kroków zatrzymuje się w okolicach 17 kilometrów.
Park miejski i wieczorne Mexico City
Po powrocie do miasta część ekipy wraca taksówką, część korzysta z komunikacji miejskiej. Na koniec dnia spacer po dużym parku – jeziorko, rowerki wodne i lokalny klimat. Bez fajerwerków, ale dobrze domyka intensywny dzień.
Zmiana miejsca – koniec pierwszego etapu
Czwarty dzień to już przygotowanie do dalszej części wyprawy. Transfer mamy wczesnym popołudniem, więc poranek każdy spędza po swojemu.
Rafał, Adam i Grzegorz jadą zobaczyć wulkan, pozostali kawa i sklepy.


Spokojne tempo i zamknięcie pierwszego etapu podróży.
Meksyk – Playa del Carmen, Chichén Itzá, cenoty i Tulum (8–14 lutego)
Drugi etap naszej wyprawy przeniósł nas na półwysep Jukatan, w okolice Playa del Carmen.
To miejsce łączy dwie rzeczy: historię cywilizacji Majów i jedne z najbardziej wyjątkowych miejsc nurkowych na świecie – cenoty.
8 lutego – przelot na Jukatan
Rano taksówka na lotnisko. Lokalny terminal, spokojna atmosfera, niewielu pasażerów. Spodziewaliśmy się małego samolotu, a podjechał Dreamliner. Dwie godziny lotu do Cancun, potem godzina busem do Playa del Carmen.




Hotel na uboczu – do centrum około 30 minut spacerem. Po kilku dniach mamy już swoje miejsca na śniadanie i kolację. Rytm szybko się stabilizuje.
Chichén Itzá – serce cywilizacji Majów
Pierwszego dnia jedziemy do Chichén Itzá – jednego z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Ameryce Środkowej i jednego z nowych siedmiu cudów świata.
Centralnym punktem jest piramida El Castillo (Świątynia Kukulkana). 365 stopni – symbol dni w roku. Konstrukcja oparta na astronomii i matematyce. To nie tylko monumentalna budowla, ale precyzyjny kalendarz zapisany w kamieniu.









Oprócz głównych punktów kompleksu zwiedzamy także Wielkie Boisko do Gry w Pelotę, Świątynię Wojowników, Obserwatorium El Caracol oraz Cenotę Ofiarną.




Przy okazji tej wycieczki odwiedzamy także dwie turystyczne cenoty dostępne do kąpieli i pływania (bez nurkowania). Otwarta przestrzeń, pionowe ściany wapienne, światło wpadające z góry i intensywnie turkusowa woda. Nawet bez sprzętu nurkowego robią ogromne wrażenie i pozwalają zrozumieć, jak wyjątkowy jest krajobraz Jukatanu. Temperatura wody 25 stopni, widoczność w tych cenotach słaba. W międzyczasie mieliśmy też obiad w fajnej restauracji.









Typowy dzień nurkowy w Playa del Carmen (9–13 lutego)
Dzień zaczyna się spokojnie. O 7:00 śniadanie – krótki spacer, jeszcze bez pośpiechu. O 8:20 odbiór spod hotelu. Podjeżdżają po nas Gosia i Elena, wrzucamy sprzęt do pickupa i ruszamy w stronę dżungli. Każdego dnia w inne miejsce.




W naszej ekipie są trzy osoby z uprawnieniami jaskiniowymi, więc mieliśmy wybór – iść w pełne nurkowania jaskiniowe, jedno dziennie przez cztery dni, albo zrobić osiem nurkowań kawernowych w różnych cenotach. Wybraliśmy caverny. Prosta decyzja – zostajemy razem jako grupa i zobaczymy więcej miejsc. I to był dobry wybór.
Osoby z uprawnieniami jaskiniowymi nurkowały w konfiguracji sidemount, pozostali korzystali z pojedynczej butli na plecach. Do nurkowań cavernowych w cenotach w zupełności wystarczy dobrze wyszkolony płetwonurek z uprawnieniami typu Deep i dobrą kontrolą pływalności. To ważna informacja dla tych, którzy myślą o podobnym wyjeździe – nie trzeba mieć uprawnień jaskiniowych, żeby zobaczyć te miejsca.
Ten kierunek zdecydowanie zostaje u nas w planach. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z założeniami, wrócimy tu również w przyszłym roku.
Woda w cenotach jest krystalicznie czysta, o stałej temperaturze. Widoczność momentami wygląda jak „brak wody”. W wielu miejscach trafiamy na haloklinę – granicę między wodą słodką i słoną, gdzie obraz zaczyna falować i się rozmywać. Do tego światło wpadające przez naturalne otwory w sklepieniu. Czasami delikatne, czasami bardzo mocne – ale zawsze robiące wrażenie. To jest coś, czego nie da się porównać z żadnym innym nurkowaniem.
Nasi przewodnicy
Planując wyjazd długo zastanawiałem się, z kim nurkować na Jukatanie. Wykonałem kilka telefonów i praktycznie wszyscy wskazywali jedno nazwisko – Wojtek Kujawa z Mexico Scuba Time.
Samej bazy w klasycznym sensie właściwie się nie odwiedza. Logistyka jest prosta i bardzo wygodna – rano podjazd pod hotel, sprzęt już na aucie i od razu jedziemy na miejsce nurkowe.
Nurkujemy z Gosią i Eleną, na dwóch nurkowaniach był też Wojtek. Każde z nich ma swój styl, ale wspólny mianownik jest wyraźny – spokój, doświadczenie i bardzo dobry kontakt z ludźmi. Bez zbędnego pośpiechu, bez „produkcji nurkowań”, za to z dużym naciskiem na bezpieczeństwo i komfort pod wodą.
To jedna z tych współprac, które realnie wpływają na odbiór całego wyjazdu. Wszystko działa, jak trzeba, a Ty możesz skupić się tylko na nurkowaniu.
Cenoty – środowisko i poziom trudności
Cenoty to środowisko overhead – tu nie ma bezpośredniego wyjścia na powierzchnię w każdej chwili. Dochodzi ograniczone światło, odległość od wyjścia i konieczność kontroli pływalności w bardzo precyzyjny sposób.
W teorii wiele z tych miejsc jest dostępnych dla nurków rekreacyjnych. W praktyce różnice w trudności są duże – od prostych, jasnych cenotów po nurkowania, które wymagają doświadczenia, spokoju i pełnej kontroli pod wodą.

Na Jukatanie cenoty mają jasno określony poziom trudności – od prostych nurkowań rekreacyjnych po miejsca wymagające dużego doświadczenia i kontroli.
Większość cenotów, w których nurkowaliśmy, mieści się w poziomie 1–2, ale trafiają się też miejsca wyraźnie bardziej wymagające, jak Angelita czy Zapote.
Ten podział dobrze oddaje realne warunki pod wodą – szczególnie jeśli chodzi o światło, głębokość, odległość od wyjścia i obecność halokliny.
Nasze cenoty – 8 nurkowań
Cenote Chac Mool
14 m | 70 min
Cenote Chac Mool to Nasza pierwsza cenota – jedno z tych miejsc, które pokazują, czym naprawdę jest nurkowanie w cenotach na Jukatanie.




Niestety od jakiegoś czasu jest zakaz zdjęć pod wodą, więc zdjęcia udostępnione przez Wojtka Kujawa, który je zrobił wcześniej.




Już od pierwszych metrów pojawia się charakterystyczna gra światła – promienie słońca wpadają przez otwory w sklepieniu i tworzą pod wodą dynamiczne, zmieniające się snopy.




To jednak dopiero początek. Największe wrażenie robi tutaj haloklina – wyraźna granica między wodą słodką i słoną. Gdy ją naruszysz, obraz zaczyna falować i rozmywać się, jakbyś na chwilę tracił ostrość widzenia. Płynąc przez tę warstwę, masz wrażenie przechodzenia między dwoma różnymi środowiskami.




Cenota ma bardziej „zróżnicowany” charakter niż wiele innych. Są tu zarówno otwarte przestrzenie, jak i bardziej zamknięte partie z formacjami skalnymi, stalaktytami i korzeniami drzew sięgającymi z powierzchni. Dzięki temu nurkowanie nie jest monotonne – krajobraz zmienia się w trakcie jednego zanurzenia.
Przy odpowiednim świetle trafiają się momenty, kiedy wszystko układa się idealnie: snopy światła przecinające haloklinę, sylwetki nurków w tle i spokojna, niemal nieruchoma woda.
Cenote Chikin Ha
14 m | 61 min
Zróżnicowana topografia i ciekawa trasa. Cenote Chikin Ha to zupełnie inne doświadczenie niż bardziej „spektakularne” cenoty Jukatanu. Nie przytłacza skalą ani efektami światła – zamiast tego oferuje coś bardziej subtelnego: spokój, przestrzeń i naturalny rytm dżungli.


Już na powierzchni widać różnicę. To nie pojedynczy otwór w ziemi, ale system kilku połączonych cenotów, otoczonych roślinnością. Woda jest spokojna, często niemal nieruchoma, a całość sprawia wrażenie miejsca mniej „turystycznego”, bardziej lokalnego.
Pod wodą dominują łagodne formy – szerokie przejścia, delikatne formacje skalne, korzenie drzew sięgające do wody. Nie ma tu jednego spektakularnego punktu, który przyciąga uwagę. Zamiast tego nurkowanie płynie spokojnie, bez presji, bez pośpiechu.




Widoczność jest bardzo dobra, a światło – choć mniej dramatyczne niż w innych cenotach – daje miękkie, rozproszone oświetlenie, które dobrze oddaje naturalny charakter miejsca.
To dobre miejsce zarówno na spokojne nurkowanie, jak i pracę nad pływalnością czy pierwsze doświadczenia w cenotach.
Chikin Ha nie próbuje konkurować z najbardziej znanymi lokalizacjami.
I właśnie w tym tkwi jego siła.




To miejsce, do którego nie jedzie się po „efekt wow”, tylko po czyste, spokojne nurkowanie – takie, które przypomina, dlaczego w ogóle zaczęło się nurkować.
Cenote Angelita
36 m | 48 min
Charakterystyczna „podwodna rzeka” z siarkowodoru na około 30 m. Efekt wizualny jedyny w swoim rodzaju. Cenote Angelita to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc nurkowych na Jukatanie – bardziej doświadczenie niż klasyczne nurkowanie.




Już samo zejście jest inne niż w większości cenotów. To głęboki, niemal pionowy spadek w ciemnoniebieską wodę, bez rozbudowanych formacji czy gry światła. Przez pierwsze metry wydaje się, że „nic się nie dzieje”.




A potem pojawia się ona.
Na głębokości około 30 metrów wyłania się gęsta, mleczna warstwa siarkowodoru. Z góry wygląda jak spokojna rzeka płynąca pod wodą. Nad nią – czysta woda. Pod nią – kolejny, oddzielony świat.
Z tej „rzeki” wyrastają martwe gałęzie i pnie drzew, które nadają całej scenie surrealistyczny, niemal niepokojący klimat. Widoczność nagle się zmienia, światło zanika, a orientacja przestrzenna zaczyna być zupełnie inna niż w typowych nurkowaniach.




To nie jest miejsce oparte na estetyce w klasycznym sensie.
Nie ma tu turkusów, promieni słońca ani „instagramowych” kadrów.
Angelita działa inaczej – buduje atmosferę.
To nurkowanie dla tych, którzy chcą zobaczyć coś naprawdę unikalnego. Coś, co bardziej przypomina inny świat niż kolejne miejsce na mapie nurkowej.
Cenote Carwash
15 m | 58 min
Roślinność, konary drzew i więcej światła. Otwarte, spokojne nurkowanie. Cenote Carwash, znany też jako Aktun Ha, to jedno z tych miejsc, które pokazują zupełnie inne oblicze cenotów. Bez spektakularnych jaskiń i bez „technicznego” klimatu – za to z dużą ilością życia i naturalnej prostoty.




Nazwa nie jest przypadkowa. Kiedyś lokalni mieszkańcy używali tego miejsca do mycia samochodów. Dziś trudno w to uwierzyć, patrząc na spokojną taflę wody, otoczoną dżunglą i porośniętą roślinnością.




Pod wodą dominują rośliny, lilie wodne i zatopione drzewa. To jedno z niewielu miejsc na Jukatanie, gdzie życie jest tak wyraźnie obecne – można spotkać żółwie, ryby, a całość przypomina bardziej jezioro niż klasyczny cenot.




Światło odgrywa tu dużą rolę. Promienie słońca przenikają przez płytką wodę, tworząc spokojne, miękkie oświetlenie, idealne do zdjęć i filmów.




Carwash to miejsce łatwiejsze, mniej wymagające, ale wcale nie mniej ciekawe.
Nie imponuje skalą ani „efektem wow” jak Angelita czy Zapote.




Zamiast tego daje coś, co rzadko pojawia się w cenotach – życie, spokój i naturalność, które sprawiają, że chce się tu po prostu być pod wodą, bez pośpiechu.
Cenote Nicte Ha
6 m | 50 min
Płytko, jasno, świetne warunki do obserwacji gry promieni światła. Cenote Nicte Ha to jedno z najbardziej „przyjaznych” miejsc na Jukatanie – zarówno dla nurków, jak i osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z cenotami. Już na powierzchni robi dobre wrażenie: płytka, spokojna woda, lilie wodne i jasne, turkusowe kolory.




Pod wodą wszystko jest czytelne i uporządkowane. Niewielka głębokość, bardzo dobra widoczność i dużo naturalnego światła sprawiają, że nurkowanie jest komfortowe i spokojne. To jedno z tych miejsc, gdzie od razu czujesz się pewnie.
Mimo „łatwego” charakteru, Nicte Ha ma swój klimat. W części kawernowej pojawiają się korzenie drzew, delikatne formacje skalne i miękkie światło wpadające z powierzchni. Nie ma tu ekstremów ani dużych głębokości – jest za to harmonijna przestrzeń.




To idealne miejsce na pierwsze nurkowania w cenotach, spokojne treningi pływalności i zdjęcia w naturalnym świetle. Nicte Ha nie próbuje imponować. Działa prostotą.
I właśnie dlatego dla wielu osób jest jednym z najbardziej „wdzięcznych” cenotów – takim, do którego wraca się nie dla wyzwań, tylko dla czystej przyjemności nurkowania.




Cenote Dos Ojos
9 m | 75 min
Cenote Dos Ojos, czyli „Dwoje Oczu”, to jeden z najbardziej znanych i charakterystycznych cenotów na Jukatanie. Nazwa pochodzi od dwóch połączonych ze sobą otworów, które z góry przypominają parę oczu patrzących w głąb dżungli.




Pod wodą kryje się rozległy system jaskiń z krystalicznie czystą wodą i świetnie zachowanymi formacjami skalnymi. To jedno z tych miejsc, gdzie widoczność robi ogromne wrażenie – przestrzeń jest czytelna, a każdy detal wyraźny.




Najczęściej nurkowanie odbywa się jedną z dwóch tras – Barbie Line, jaśniejszą i bardziej otwartą, oraz Bat Cave Line, ciemniejszą i bardziej surową, gdzie przy wejściu można spotkać nietoperze.




To, co wyróżnia Dos Ojos, to idealny balans. Z jednej strony miejsce jest dostępne i bezpieczne dla nurków rekreacyjnych, z drugiej – daje prawdziwe poczucie eksploracji jaskiniowej.
Światło wpadające przez otwory tworzy charakterystyczne snopy, które przecinają przejrzystą wodę. W połączeniu z formacjami skalnymi daje to jedne z najbardziej „klasycznych” widoków, jakie kojarzą się z cenotami.




Dos Ojos nie jest najbardziej ekstremalne.
Nie jest też najbardziej surowe, ale jeśli ktoś chce zobaczyć esencję nurkowania cenotowego – to właśnie tutaj.
Cenote Taak Be Luum
7 m | 52 min
Cenote Taak Bi Luum, często zapisywana jako Tak Be Luum, to jedno z bardziej ukrytych i mniej oczywistych miejsc w okolicach Tulum. Położona w obrębie systemu Cenote Dos Ojos, nie przyciąga tłumów i od pierwszych chwil daje poczucie obcowania z czymś bardziej surowym niż typowe cenoty Jukatanu.




To w pełni zadaszona jaskinia, w której światło praktycznie nie istnieje. Nurkowanie odbywa się w półmroku, gdzie przestrzeń nie jest budowana przez promienie słońca, ale przez formacje skalne i ograniczoną widoczność. To właśnie one definiują charakter tego miejsca.




Stalaktyty i stalagmity mają tu nietypowe, nieregularne kształty, często przypominające bąble lub miękkie, „napompowane” struktury. Całość sprawia wrażenie, jakby jaskinia była w ciągłym ruchu, zastygła w momencie formowania. Najbardziej charakterystycznym elementem jest formacja nazywana „Wrotami Piekieł”, która wygląda jak naturalne przejście do innej przestrzeni i nadaje temu nurkowaniu wyraźnie mroczny klimat.




Mimo niewielkiej głębokości, sięgającej około siedmiu metrów, miejsce wymaga skupienia i bardzo dobrej kontroli pływalności. Delikatny osad i brak światła powodują, że każdy nieprzemyślany ruch szybko odbiera przejrzystość wody i orientację w przestrzeni.




Taak Bi Luum nie zachwyca w oczywisty sposób. Nie ma tu turkusowych kolorów ani spektakularnych snopów światła. Zamiast tego oferuje ciszę, ciemność i detal, które budują zupełnie inne, bardziej surowe doświadczenie. To cenot, który nie próbuje się podobać – ale dla osób szukających głębszego, bardziej „jaskiniowego” klimatu, potrafi być jednym z najbardziej zapamiętanych miejsc na całym Jukatanie.
Cenote Taak Bi Ha
7 m | 57 min
Bardziej kameralna, bardzo fotogeniczna. Już po wejściu robi ogromne wrażenie – turkusowa, podświetlona woda i gra światła na powierzchni tworzą warunki, które przyciągają fotografów, a czasem nawet sesje z modelkami. To jedno z tych miejsc, które „robią klimat” jeszcze przed zanurzeniem.
Samo wejście jest specyficzne. Schody są strome i często zatłoczone, dlatego butli się nie znosi na plecach – opuszcza się je na linie przez niewielki otwór. Wymaga to dobrej współpracy między osobami na górze i na dole. Po nurkowaniu cały proces działa w drugą stronę.




Pod wodą Taak Bi Ha od razu pokazuje swój bardziej „jaskiniowy” charakter. Gęste stalaktyty, kolumny i liczne detale sprawiają, że przestrzeń jest dużo bardziej „zagęszczona” niż w wielu innych cenotach.




Woda jest krystalicznie czysta, a światło wpadające z góry podkreśla strukturę skał i buduje kontrasty. Nie dominuje jednak całego nurkowania – pierwsze skrzypce grają formacje i geometria przestrzeni.




To miejsce wymaga dobrej kontroli pływalności i spokojnej pracy pod wodą. Nie wybacza przypadkowych ruchów, ale daje w zamian bardzo „czyste” i satysfakcjonujące nurkowanie.




Taak Bi Ha nie jest najbardziej znany.
Ale dla wielu nurków okazuje się jednym z najbardziej zapamiętanych – właśnie przez swoją strukturę i klimat.
14 lutego – Tulum przed wylotem
Ostatniego dnia przed wylotem jedziemy do Tulum.




Ruiny miasta Majów położone są bezpośrednio nad turkusowym Morzem Karaibskim. To jedno z nielicznych stanowisk archeologicznych w tak spektakularnej lokalizacji. Kamienne mury stoją na krawędzi klifu, pod nimi jasna plaża i otwarte morze.
Tulum nie ma monumentalnej skali jak inne miasta Majów. Nie przytłacza wielkością. Ma w sobie coś bardziej uporządkowanego, spokojnego. To było miasto portowe – punkt kontaktu między lądem a morzem. I to widać. Wszystko jest tu bliżej wody, bardziej „otwarte”, mniej ukryte w dżungli.
Najbardziej charakterystyczna budowla, El Castillo, stoi dokładnie tam, gdzie kończy się ląd. Patrząc na nią z dołu, z poziomu plaży, trudno nie odnieść wrażenia, że została postawiona właśnie po to, żeby pilnować tego przejścia między dwoma światami.




Po kilku dniach nurkowania w cenotach to miejsce odbiera się inaczej. Pod ziemią – cisza, ciemność, skupienie. Tutaj – przestrzeń, światło i wiatr. Tam wszystko było ukryte. Tu wszystko jest na widoku.




Symboliczne zamknięcie etapu: historia nad wodą, po kilku dniach spędzonych pod wodą.
Podsumowanie etapu Jukatan
Osiem nurkowań, kilometry chodzenia, starożytne miasta i krajobraz, który łączy dżunglę, wapienne jaskinie i morze.
Ten etap był spokojniejszy logistycznie niż Mexico City, ale intensywny w wodzie i mocny historycznie.
To część wyprawy, która zostaje w pamięci na długo.
To zamyka pierwszy etap naszej wyprawy – Meksyk.
Przed nami jeszcze dwa kolejne kierunki – Belize i Gwatemala. Każdy zupełnie inny i każdy wart osobnej historii – do nich wrócę w kolejnych wpisach.
Na Jukatan wrócimy jeszcze na sam koniec tej podróży.
Kilka kadrów z kolejnego etapu:




Do tego wrócę w kolejnych wpisach.
27 lutego – powrót na Jukatan
Z Guatemala City wracamy samolotem do Cancún – niespełna dwie godziny lotu i znów jesteśmy na Jukatanie. W planie mamy jeszcze jeden dzień nurkowy w cenotach oraz chwilę odpoczynku na plaży, już w zupełnie innym, bardziej kurortowym rytmie.
Po przylocie nie tracimy czasu i od razu idziemy na plażę. Zatrzymujemy się w komfortowej willi, która idealnie wpisuje się w spokojniejszy, końcowy etap wyjazdu.




28 lutego – ostatnie nurkowania w cenotach
Rano przyjeżdża po Nas Wojtek i ruszamy na ostatnie nurkowania w mniej uczęszczane cenoty.
Cenote Zapote (Hells Bells)
33 m | 43 min
Są cenoty, które zachwycają światłem i turkusową wodą. I jest Cenote Zapote – miejsce zupełnie inne. Surowe, ciemniejsze, bardziej wymagające. Tu nie chodzi o ładne ujęcia – to doświadczenie, które zostaje w głowie na długo po wynurzeniu. po wynurzeniu.
Już samo wejście zapowiada klimat. Otwór w ziemi, gęsta dżungla wokół, cisza. Woda z góry wydaje się nieprzejrzysta, niemal ciężka. Dopiero pod powierzchnią zaczyna się właściwe przedstawienie.


Na głębokości pojawia się coś, czego nie zobaczysz w żadnym innym cenocie – tzw. „hell bells”, czyli charakterystyczne formacje przypominające zwisające dzwony. To nie są klasyczne stalaktyty. Powstały w wyniku reakcji chemicznych w warstwie siarkowodoru i mają nieregularny, organiczny kształt, jakby wyrastały z innego świata. Charakterystycznym elementem jest też duże drzewo, którego konary „wchodzą” w warstwę mgły przy dnie, tworząc bardzo specyficzny, niemal nierealny obraz.




Warstwa siarkowodoru tworzy dodatkowy, niemal surrealistyczny efekt. Z góry wygląda jak mleczna chmura zawieszona w wodzie. Gdy przez nią przepływasz, widoczność spada, światło się rozprasza, a całe otoczenie robi się bardziej „nierzeczywiste” niż jakiekolwiek nurkowanie w morzu.
Gdzieś pod tą warstwą, na dnie cenotu, znajduje się szkielet prehistorycznego niedźwiedzia. Nie widać go z góry – ukryty jest pod „mgłą” siarkowodoru i na głębokości, do której się nie schodzi. To bardziej świadomość jego obecności niż coś, co faktycznie oglądasz.ż jakiekolwiek nurkowanie w morzu.

To miejsce nie wybacza chaosu. Wymaga kontroli pływalności, spokoju i świadomości przestrzeni. Ale właśnie dlatego daje coś więcej niż typowe nurkowania rekreacyjne – poczucie eksploracji i kontaktu z czymś naprawdę unikalnym.
Cenote Zapote to nie jest najpiękniejszy cenot Jukatanu.
To jeden z najbardziej charakterystycznych.
Cenote Maravillas
35 m | 52 min
Cenote Maravillas to jedno z tych miejsc, które od pierwszego zanurzenia robią ogromne wrażenie. Już przy schodzeniu pod wodę promienie słońca wpadające przez okrągły otwór tworzą wyjątkową grę światła, nadając całemu wnętrzu niemal magiczny charakter.




Najlepszy moment przypada w okolicach południa – wtedy światło wpadające do środka zamienia cenot w prawdziwą „katedrę światła i cienia”. To właśnie ten efekt przyciąga tu tylu nurków i fotografów podwodnych.
Ten jeden, mocny snop światła robi całą robotę. To dzięki niemu powstają najbardziej charakterystyczne ujęcia z tego miejsca – wielu freediverów przyjeżdża tu właśnie po te kadry.
My też planowaliśmy to nurkowanie pod konkretną godzinę i pełne słońce. I to ma znaczenie. Bez światła Maravillas traci dużą część swojego klimatu.
Pod wodą zachwyca nie tylko przejrzystość, ale też skala. Cenot otwiera się w dużą, wysoką komorę o cylindrycznym kształcie, sięgającą około 45 metrów głębokości.
Silne wrażenie robi także kontrast między dżunglą na powierzchni a cichym, niemal nierealnym światem pod wodą. Korzenie drzew sięgające do wnętrza wyglądają, jakby unosiły się w świetle, a całość dopełnia wyjątkowa geologia.
Na większej głębokości pojawia się haloklina i warstwa siarkowodoru – granica między wodą słodką i słoną. Tworzy to charakterystyczne, falujące zniekształcenia obrazu, dając wrażenie nurkowania w dwóch światach jednocześnie..
28 lutego – po nurkowaniach
Po nurkowaniach wracamy do Cancún. Obiad w restauracji i wieczorne wyjście do centrum miasta. Komunikacja działa sprawnie – lokalne autobusy kursują co kilka minut. W centrum dominują bary, kluby i sklepy – typowe turystyczne życie, które toczy się swoim rytmem do późnych godzin.




1 marca – Cancún na spokojnie
Po intensywnych dniach nurkowych zostają nam jeszcze prawie dwa dni przed powrotem. Cancún okazuje się miejscem zupełnie innym niż wszystko, co widzieliśmy wcześniej. Szerokie, białe plaże, turkusowe morze i infrastruktura podporządkowana turystyce tworzą przestrzeń łatwą, wygodną i przewidywalną. Spędzamy ten czas bez pośpiechu – trochę plażowania, spacerów i krótkiego zwiedzania okolicy.
Odwiedzamy Museo Maya de Cancún – nowoczesne muzeum prezentujące historię i kulturę Majów w przystępnej formie. Dla osób rozpoczynających przygodę z Meksykiem to wartościowy punkt programu.








Po wcześniejszych doświadczeniach – takich jak Teotihuacán, Chichén Itzá czy Tikal – muzeum nie robi już jednak tak dużego wrażenia. To raczej uzupełnienie wiedzy niż coś, co zmienia odbiór całej wyprawy.
Cancún pozostaje dla nas bardziej tłem niż celem samym w sobie. To miejsce wygodne, dobrze zamykające logistycznie podróż i dające chwilę odpoczynku, ale nie zostawia takiego śladu jak cenoty, dżungla czy wcześniejsze etapy wyjazdu.
Zobaczyliśmy turystyczne serce regionu – i to było wystarczające.
Myślami wracaliśmy już gdzie indziej – do ciszy pod wodą, światła wpadającego do cenotów i miejsc, które miały w sobie znacznie więcej autentyczności niż kurortowy rytm Cancún.
2–3 marca – powrót
Wracamy do domu. Lot z Cancún do Stambułu, kilka godzin przerwy w saloniku i ostatni etap podróży do Warszawy.


To był pierwszy i ostatni etap tej podróży w Meksyku.
Belize i Gwatemala to zupełnie inna historia – mniej oczywista, bardziej surowa i momentami jeszcze ciekawsza. Do tego wrócę w kolejnych wpisach.
Leon